********************************************************************* S Dzień zerowy: Wyjazd z Lublina autobusem do Krosna, tu kupno biletu Nowy Łupków - Medzilaborce (o dziwo na tej stacji pani umiała sprzedać bilet na to przejście graniczne, co prawda jej wiedza dotyczyła tylko relacji z Krosna, Sanoka i właśnie Nowego Łupkowa do Medzilaborec lub Humenneho, ale juz po 5 minutach miałem druczek w ręku. Była na tyle miła, że w czasie, gdy zamówiłem herbatę poszukała mi ceny Zagórz - Chyrów (czyli taki też by umiała sprzedać). Dojazd do Zagórza i skompletowanie ekspedycji w pociągu do Łupkowa. Tu o dziwo okazało się,że Krzysiek z Poznania mimo, ze w Zagórzu był prawie 10 godzin jest bez biletu (Maciek kupił w Zagórzu na tą samą relację). Podczas kontorli biletów zagadnęliśmy kierpocia o warunki kupna biletu w Łupkowie - nie ma stacji a kanary słowackie potrafią brać 400 koron pokuty. Po krótkiej dyskusji w gronie wewnętrznym (np. pobudka Krzycha o 5 rano, dojazd do Zagórza, kupno biletu i jazda pociągiem z Zagórza do Humenneho) i inszej z kierpociem okazało sie możliwe inne rozwiązanie - kierpoć zadzwoni z Łupkowa do kasy w Zagórzu, zamówi bilet, rano jadąc pociągiem o 5 do Sanoka odbierze bilet i zapłaci kasjerce, w Sanoku da bilet kierpociowi pociągu do Humenneho a my poprosimy go o bilet w Łupkowie (hmmm, ładnie to prosić kierpocia o bilet?? tego chyba nikt jeszcze nie robił, a Krzysiek musiał....). Tak też się stało. Po obejrzeniu stacji, na której od biedy można byłoby spać poszliśmy do schroniska z starej strażnicy. Niestety, schroniska jeszcze nie działa. Brodaty prawie po pas i chyba podpity "misio" nie bardzo miał ochotę w ogóle negocjować o noclegu. Jedynie dzięki mojej sile perswazji i znajomości Bieszczad (z pewnym przybliżeniem mozna powiedzieć, że dzięki temu, że wykazałem, że znam Bieszczady od lat misio raczył pójść do kierowniczki) zdarzył się cud i udało się wynegocjować z kierowniczką (włąścicielka?) przyszłego schroniska jedną noc a 10 zł/ryj. Niestety, osoby chcące powtórzyć tą trasę raczej niech planują nocleg gdzie indziej...przynajmniej w tym roku, bo w przyszłym prawdopodobnie schronisko bedzie normalnie czynne. Warunki były, hmm, jak w schronisku w czasie remontu.... Aha, Duży Łoś Pozytywny Z Diamentowymi Kutasikami dla kierpocia za nastawioną pozytywnie do podróżnych postawę (kupno biletu dla Krzycha z opłatą manipulacyjną "co łaska" - 10 zł za bilet 7,10 z dostawą do Łupkowa i wynegocjowaniem w kasie wystawienia biletu "na kredyt"). Dzień 1. ODprawa graniczna po usłyszeniu deklaracji, że jedziemy do Rumunii traci całkowicei zainteresowanie naszym przedziałem. POciąg do Humenneho; po tunelu (przez który Słowacja ma niecałkowitą ilość tuneli; Polska zresztą także - przy okazji - czy ktoś wie, gdzi _w_Polsce_ znajduje sie _tunel_, którym nigdy nie jechał pociąg PKP?? A ja nim jechałem, zresztą każdy może.... Jeśli będą zainteresowani , to odpowiem na liście)) osoby bez biletu traktowane przez konduktora SK z rozbawieniem (nie mogę sprzedac na międzybnarodowy - jeśli by wsiadł rewizor, to pokuta).Aha, konduktor pyta, czy nie potrzebujemy koron, bo jeśli tak, to możemy wymienić..... Rewizora nie było i kilka osób na gapę z radością powitały Medzilaborce (hlavni), gdzie wobec dołączania kilku motoriczek vlak stoi 5 minut. Spokojnie kupiliśmy bilet do Slovenskeho N. Mesta (80Sk). Dojazd do Humenneho - po drodze nic tak naprawdę godnego uwagi. W Hum.. obiadek (przyzwoity zupa/2/piwo za 60-80 Sk). I niespodzianka - pan(i) w kasie praktycznie bez problemu sprzedaje bilet ze specjalną zniżką przygraniczną na odcinek Sl.N. Mesto - Satoraljaujhej (ktoś z listy nazwał tą trudną do wymówienia po raz I nazwę jako Starych## ) - 8 Sk. I lepszy numer - jako, ze Maciek nie miał biletu na Mav-CFR to kupuje go w Humenenm z taką sama łatwością jak bilet do np. Koszyc (tzn. czas kupna jest o tyle dłuzszy, ze kasjerka na wszelki wypadek na mapie pokazuje obie miejscowości - Bekescabe(MAV) i Arad(CFR) by sprawdzić, czy dobrze usłyszała - wklepuje w komputer - i bilet z drukarki jest). Łoś Fioletowy Z Oznakami Zdebilenia dla projektantów systemu sprzedaży biletów w Polsce - jak kupowałem w Orbisie w Lublinie bilet na tą relację, to po 1) pani poprosiła drugą, tą specjalistkę od biletów z 10 letnim stażem o wydanie biletu 2) trwało to 12 minut; po 2) Krzycho w Poznaniu kupował ten bilet na stacji głownej podobno minut 30. I jest to czas co najmniej 20 razy dłuzszy od młodej kasjerki w "potężnym węźle" Humenne. Wyp.. z pracy polskich projektantów a za zaoszczędzone na ich pensjach pieniądze kupić system ze Słowacji !!!!!! A oczywiście wcześniej wyp.. z pracy wierchuszkę PKP. Albo zlikwidowac im darmowe bilety po Europie i niech pokupują bilety w różnych krajach...MOże zmądrzeją... Dojazd do Sl.N.M, tu kontrola SK,H - pierwszy raz widziałem tak dokładne przeglądanie paszportu włącznie ze sprawdzaniem grubości okładek. Poza paszportami jednak nikogo nic nie interesowało (poza tradycyjnym pytaniem , dokąd jedziemy). W StaroCH.... Kupujemy bilet do Lokoshazy. Pan iw kasie twierdzi , że żadne IC niej jest tu potrzebne, dopiero po doniesieniu jej numeru IC 601 18.25 Nyierghaza sprawdza rozkłąd i sprzedaje nam miejscówki. 2440 ft wydane. Jazda przez jedne z ciekawszych tereny Węgier (wzgórza Toakju) z przesiadką, która z +4 minut zrobiła się -3 minuty - zle drugi vasut (pociąg) czekał. W Nyireg... szybki transfer do IC - i tu dopiero widać siłe MAV - klimatyzowane niestety bezprzedziałowce ale całkiem sympatyczne; w barze barowym aparat na karty operatora komórkowego, w pociągach kilka osób rozmawiało przez telefon. W Szolnok przesiadka na spóźnione 10 minut Karpaty. Kanar drze się,ze nie można jechać za granicę na łamabnej taryfie (tłumaczył na angielski nam pasażer Węgier). Zapewniliśmy go, że my tylko do Lokoshazy i poszedł. I tu wskazówka dla jadących w ten sposób - na końcu kładu są wagon(y) Miskolc -Lokoshaza; tam nikt się drzeć nie będzie. W Lokoshazie wysiadamy., idziemy kawałek w stronę stacji po czym widząc konduktora (tego samego) z nutką nadziei pytam gestem, cży można wejśc; ze znudzona miną kanar pokazuje, że mu wszystko jedno -wsiadamy z powrotem, z tym, że musimy przejść do trzeciego od końca wagonu (bo ostatni już po odprawie) - wskazówka - szybko wybiegając można by (chyba, jeśli kasa otwarta) kupić za 500 ft bilet do Curtici na tejże stacji). Wsuiadamy z powrotem do naszego przedziału, gdzie tymczasem dosiadła sie Rumunka. Odprawa paszportowa: Polska? POlska - odpowidamy. Stempel i do widzenia; Rumunka musiała się długo i namiętnie tłumaczyć - zdaje się, że Węgrzy nie kochają się z Rumunami... Jadąc do Curtici dostajemy mnóstwo rad - Dzień drugi: NIGDY nie chodzić samemu, NIGDY nie wdawać się w rozmowy z miejsowymi, NIGDY nie wyjmować niepotrzebnie portfela z kieszeni, ZAWSZE udawać, że się totalnie nic nie rozumie. Curtici - odprawa rumuńska - mówimy, ze jedziemy "To Romania", że jesteśmy "polonez", pieczątka i po odprawie. Dojazd do Aradu - i pryska I mit - o wszechobecnych żebrakach, śmierdzących poczekalniach i obskurnych stacjach. Fakt, stacja niezbyt miła (czyt. wyremontowana) , ale w Krakowie z 10 (no, moze 12) lat temu nie było lepiej. Idziemy (po wymianie pierwszej porcji pieniędzy) na pizzę, po czym idziemy kimac w pociągu (o 2 nocy na peronie mimo odjazdu po 4 - miłe dla oczekujących..). W wagonie ciemno (zresztą aż do świtu) i ktoś tam jeszce śpi w nim. Wagon to obdrapany Bhp (chyba). POdczas jazdy kierpoć chodzi z latarką. Dojeżdżamy do Bradu. po drodze reszta wyprawy przesypia tunel; trasa wchodzi w Karpaty (na razie niskie) i robi się dość ciekkawa. Sam Brad to niezbyt czysta dziura. Maciek idzie na autobusgarę, my jemy pizzę (taką średniej jakości ale za rónowartość 2,50 zł z kawą). W miezyczasie ładujemy Maćkowi akumulator do kamery. Potem zmiana, maciek pizzę, my na dworzec autobusowy - ilość autobusów przerażająco mała, w kierunku, gdzie chcieliśmy jechac jest jeden na dobę, wiele miejscowości z 2 na dobę i to w czasie roku szkolnego - ogólnie tylko b. mała ilość autobusów i to na liniach tuż podmiejskich. Wyjątek - trasa do Devy (stolica województwa - judetulu) dokąd skasowano (niestety) linię kolejową - tu autobusy co 1,5 godziny. Maciek idzie szukać kolei przemysłowej, łamie wszystkie 4 zasady Rumunki z pociągu i traci wszystkie leje...Jedziemy autobusem do Devy - przesliczna trasa, widać wiadukty kolei. Deva - śliczne ruiny zamku na górze - niestey mamy tylko godzine do pociągu- idziemy do McDonalda (ceny - PL/2) KLIMATYZOWANEGO. I jedziemy do Sibiu, gdzie nocujemy na kampingu (przyzwoitym!!!). jadąc pierwszy odcinek po niewłaściwym wyprzedzamy dwa składy towarowe. Po drodze przesiadka. Kolejka w kasie dłuuuga a pani obsługuje 1 ossobę na 2 minuty. Zagaduję do konduktora - kupimy bilet w pociągu (w kasie byłoby 5100 lei). Konduktor bierzae na trasie 10000 lei od osoby (dopiero potem zauważyłwem na innej stacji , ze dopłata do akcelerata (bez względu na długość jazdy!!!) to 93000 lei - czyli bilet na jakieś 700 km, jesli kupowane w pociągu. Czujemy sie zatem (w tym momencie, nie wiedząc o tych 93 Klei) lekko zrobieni w bambuko. P o pewnym czasie kanar przychodzi drugi raz, by poprosic o... zrobienie zdjęcia (jeśli Krzysiek pode sle, to będzie bna stronie WWW). Łoś Tęczowy Z Koralikami za najbardziej niesamowite zachowanie kanara (czy komuś zdarzyło sie, by kanar poprosił o zrobienie zdjęcia??). Dzień trzeci: Maciek eksploruje linię Sibiu - Agnita, my (dwa Krzyśki) Sibiu (całkiem miłe, czyste i cywilizowane miasto). Umawiamy się na stacji Calimanesti z (na szczęsie) wariantami co robić w wypadku nie-spotkania. Jedziemy pociągiem przez przełom Oltu -76 tuneli i kilka budowli tunelopodobnych(wcięcie w skale - skałe z lewej, z dołu, z góry; z prawej ściana betonaowa z "oknami". Przez 40 minut jedziemy z taka prędkościa, ze wyprzedza nas ciągnik wyprzedzany przez spokojnie pedałującego rowerzystę....Krajobrazy przeinteresujące. Calimanesti. Wobec faktu, że na tej stacji umówiliśmy się z Maćkiem ignorujemy informację o kampingu 6 km stąd (z komunikacją autobusową co 1,5 godziny !!!!!!). Próbuję załatwic miejsce na rozbicie namiotu - niestety po 2 godzinach czekania okazało się, że pani myślała, że rozbijemy je na kamienistej dróżce do domu. Idę przez wieś szukać miejsca pod namiot. Żaden dom nie ma trawnika! Po drodze zaczepiają mnie cygańskie dziewczynkiz prośba, by zrobić im zdjęcie (nonszalancko aparat mam na szyi). Jest! Dom w budowie z trawnikiem! Radość przedwczesna - na trawniku pasa się trzy świnki. Obawiając się o czystośc trawnika rezygnuję z pytania o nocleg. Zagaduje dziewczynki cygańskie o możliwość noclegu (jedna z nich, Roxana, zna nieco angielski...) W miare upływu rozmowy ilość Cyganiątek rosnie. Podchodzą Cyganki. Jestem dwa razy przekazywany spred jednej bramy domu pod drugą. Już jest koło mnie z 15 cyganiątek i Cyganek. w końcu zapraszją mnie do domu, pokazuja miejsce spania. Zaczyna sie długa ceremonia negocjacji ceny - jest : 4 marki za osobe. Moze i za dużo, ale niech bedzie. Z eskorta tuzina cyganiątek idę po Krzyśka . Po drodze jakiś Rumun proponuje, że lepiej nie spać u Cyganó, lecz u niego - ale cena niestety jest chyba za mała dla niego (mówię, ze śpimy za 3 marki, na co on daje rękę i odjeżdża). Krzysiek bez specjalnych wrażeń przyjmuje informację, gdzie śpimy. Po pewnym czasie przyjeżdża głowa rodziny. Wraz z całyym dobytkiem wchodzi do pokoju, mówi, że on "gazda" (czyżby to było słowo o wołoskim rodowodzie?) i "nu problem " z noclegiem. Proponuje teleizję i piwo (faktycznie, po 40 minutachmamy chłodniutkie piwko, ba jego żona przynosi dwa puchary, zresztą każdy inny). Gospodarze dzielą się czym mogą - z własnych pokojów przynoszą żarówkę do naszego pokoju i łazienki, byśmy mieli jasno...W międzyczasie dowiadujemy sie , że gazda i jego syn byli w Polsce i zostali deportowani... Na szczęście dla nas z rozmowy wynika, że Niemcy ich wyrzucili już z Gorlitz i Guben a w Polsce zanim ich deportowano, to najpierw służby polskie dały pokój dla matek z dziećmi (do przewijania chyba???) i cos do jedzenia dla wszystkich - czyli kontrastowo (w porównaniu z bundes grenzschutzami) dobrze ich potraktowano. Ufff... Idziemy o 22.30 w asyście cyganiątków na stację - pociąg przyjeżdża (pól godziny opóźnienia - w Rumunii to chyba normalne...z 50% pociągów ma opóźnienia). Maćka nie ma. Pociąg rusza. Nagle słysze swojskie słowo - "Cholera" - Maciek w oknie (potem się okazało, że pasażerowie uniemożliwili mu użycie hamulca a on po prostu zaspał). Jedno z cyganiątek w międzyczsie pokazuje swój but - podeszwa na 1/4 pięty - but laduje na torach. Dzień czwarty - rano płacimy, z asystą idziemy na dworzec. Tam policjant cygański po 20 minutach ostrzega nas, byśmy uważali na rzeczy, bo na stacji jest Cygan (właśnie ten z naszej eskorty....). N astacji jest już Maciek. Cholera, chmury.. Jedziemy do Ramnicu Vilcea - pociąg załadowany (jak na rumuńskie warunki). W samym mieście dużo ludzi, i .....Tico jako taksówki... Idziemy na miasto, jemy pizzę (około 4 zł) i na dworzec. Cmury znikają Tu budzimy sensację wsiadając do pociągu,, który własńie ma odjechać (1,5 godziny przed zaćmieniem) - ludzie z peronu weszli specjalnie po to do wagonu, by powiedzeić, ze odjeżdża on za kilka minut. A my po prostu chcemy podjechać jedną stacyjkę, by w spokojności oglądać zaćmienie. Stacja Rareni - z lewej stronie jakieś przemysłowe rury, z prawej tory postojowe przed jakimś zakładem przemysłowym ze składami towarowymi. Kilku pracowników ze szkiełkami do obserwcji zaćmień słońca. No i my, obcokrajowcy wyrabiający norme wieku dla miejscowości na dostep obcokrajowców. Budzimy zainteresoanie sprzętem (kamera, aparaty, statyw). Maciek włązi na rury, ja z Krzyśkiem - na wagony - niezła panorama. sciemnia się, ale poza tym nic ciekawego. Już z 80 % tarczy za Księżycem. Sciemnia się coraz szybciej.... Na razie nic godnego uwagi. Jest! Widać lewy koniuszek Śłońca i zza tarczy Księzyca (już widocznej jako okrąg wyłania się poświata - korona słoneczna. Już jest całkowite - widać koronę i Wenus. Naookoło horyzont w kolorze zachodzącego słońca - po prostu najciemniejsze niebo jest koło słońca, im dalej od niego tym jaśniej z przejściem koloru w strone czerwieni. Chyba tego nie ma przy częściowym... Jedziemy pociągiem przez POdul Olt (tu budzimy zainteresowanie gotując na palniku obiadek) do Braszowa Dzień piąty. Tu czeka nas przesiadka. Na stacji obserwujemy komedię slapstikową pt. "Sprzątanie dworca w Brasov) - łazi ludek z konewką sikając na lewo i prawo z upodobaniem lejąc na kalosze pań z nim pracujących. Gdy rozbrzmiewa melodyjka przed zapowiedzią (a na każdej stacji jest inna ; w Aradzie bodajże "panie Janie") wygląda to jak balet. Kwiczymy ze śmiechu a Maciek nagrywa. Facio z upodobaniem włazi na kabel do odkurzacza, który obsługują te panie. Aby dopełnic obrazu, po scenie łazi inny facio z rękami w kieszeniach, który dyryguje sprzątającymi. Odkurzacz ryczy niemilłosiernie. Resztkami wody chce sie napoic jakiś zabłąkany gołąb, przeganiany przez odkurzacz. Nagle odkurzacz ryczy jeszcze głośniej , aż żartujemy, że wessało gołębia. Niemniej te wszystki zabiegi powodują, że dworzec w Braszowie to jeden z czystszych dworców na jakich byłem. W budce przed dworcem obok piwa za 5000 , 7000 i 12000 jest wódka w butelkach jak piwo po 8900. Kupuję rum za także 8900 (wódka w cenie piwa!!!); w kiosku stoi kubek plastikowy (jak jogurty) z banderolą - to napój 28% , 100 ml za 5000 lei (1,25 zł). A pijanych NIGDZIE nie widać. Papierosy droższe (od 6000 do 20000) a pali dużo osób.... Krzysiek tweirdzi, że nasz skłąd już jest na peronie. Poniewż położyłem karimatę i drzemałem (nie budząc żadnego zaintersowania łażącą co godzinkę policją czy ichniejszymi SOKistami z kałasznikowami), zżalem żegnam czystą podłogę dworca i idziemy na peron. Wtacza się skład Brasov - Sf. George. Nie nasz (myślimy..) Jest, jako drugi na to włazi drugi skład (bodajże do Ciceu). Wsiadamy. Kanar w czasie jazdy mówi, że ten pociąg nie jedzie do Covasny, co budzi nasze zdumieni, boć przecież to wiemy. Wysiadamy w Sf. George - i tu niepodzianka - pociagi były połączone. I tu ważna uwaga - nie SKŁADY a POCIĄGI - lokomotywa drugiego była podczepiona do ostatniego wagonu ostatniego. Pojęcie "pociąg łączony" nabiera innego znaczenia. W Polsce _żadne__pociągi__ nie_są_łączone_ !!! PO odjeździe pierwszej częsci druga po prostu podjeżdża bliżej budynku. Mogliśmy z Braszowa jechać tymi wagonami. Z niewłaściwymi tablicami (Brasov-Sf GHeorge) jedziemy do Covasny. Tu autobusem do miasta. Po błąkaniu docieramy do torów wąskotorówki. Czekają jacyś robotnicy. Mówią, ze pociąg będzie za 2 godziny. Już chcemy gotowac wodę na herbatę na śniadanie, gdy wyciągają wózek i bioprą nas aby dojechać do tartaku (stacja początkowa). Jedzeimy wózkostopem za pomocą sił grawitacji. W tartaku mamy prawie 2 godziny do pociągu, sniadanko. Palacz wąskotorówki (niezłym angielskim) wyjaśnia nam zasday (po piwku dla każdego za przejazd, za ew. fotostopy taryfa dodatkowa). Zanim ruszamy, palacz proponuje jazdę jednemu z parowozie. Wcinam się na pierwszego. Negocjujemuy jazdę na wóżkach do przewozu drewna. W parowozie niemiłosiernie gorąco i mało miejsca. PO drodze manewry przy drugim tartaku. Zatrzymujemy sie po pobór wody . Z ulgą przesiadam sie na wagon. Następne 2,5 km i przerwa na piwko. Następne 2,5 km i koniec trasy - niesamowity wyciąg - jak Gubałówka, tyle, że wagony wąskie (750 mm) wjeżdząją na szerokotorowe (1450 mm) - na górze wypałnione, na dole puste - i zjazd grawitacyjny. Maciek zauważa nadpękniętą linę . Brrr. to niedługo pierdyknie. Powrót. Z żalem , bo przejechaliśmy 8 z 22 km kolejki (14 km odcinek górny) Ale trzeba by nocować, a czeka Maramuresz. Jedziemy do Sf. George. Orzesz q...! Trenule do Sighetu, Suczawy i Jass (tam gzie zapalenie opon) anulat. Miny nam rzedną. Wsiadamy w pierwszy(hi, hi) pociąg w zbkliżonym kierunku, zresztą rapid (najdroższy). Przez 20 km pociąg jedzie z cywilizowaną prędkością. Potem , mino, że cały czas zelektryfikoweane zwalniamy (do 40-50) ale i tak jak na Rumunie nie jest to wolno. Dojazd do Dedy. I tu niespodzianka - mała zadupiasta stacyjka a czysto i dwa barki całodobowe (w tym jeden to piwiarniopalarnia). Jemy kolacyjke i próbujemy spać. Okazuje sie, że żadnego kordonu sanitarnego nie ma i trasa do Sygietu jest po prostu w remoncie i pociągi jeżdżą inną drogą. Trzeba zrezygnować z Marmaroszu (kolejka w Viseu). Namawiam na perzejazd do Polski przez Satu Mare i Czop. Jest nawet pociąg do Baia Mare. W Linii prostej z 120 km, poniewż jedziemy drogą okrężną bedzie około 300 w 8 godzin. Dzień szósty.Próbuje kupić bilety do Baia Mare. NAjpierw jedynki (380 000 na trzech, drogo) potem dwójki (167 000 na trzech - system cen Rumunii jest chyba równie chory jak w Polsce, nawet bardziej, bo nie istnieją żadne sensowne wzory na obliczenie ceny jakiegoś biletu znając cenę innego na tej samej trasie, ale ogólnie logika jak na PKP - osobowa taryfa, dopłaty do akceleratów i inna (wyższa ) do rapidów. Zatem PKP nie jest samo w swej polityce ustalania cen biletów - idzie ramię w ramię z kolejami rumuńskimi). Zniecierpliwona pani po podaniu ceny idzie na dwie godziny na plotki ale potem bilety sprzedaje (i tak z godzine przed pociągiem). Jedziemy niemiłosiernie zatłoczonym pociągiem (nic dziwnego, dwa były anulowane a to z 40 % pociągów na tej trasie, przy braku autobusów musi się to odbić...). Na szczęści po jakichś 80 minutach w Targu Mures wysiada sporo osób a że Maciek siedział w przedziale, gdfzie wysaiedli wszyscy Rumuni dalej jedziemy komfortowo w trzsech w przedziale. Trasy niesamowite widokowo - jest taki odcinek koło Cluj, jakby tory wiły sie serpentynami po połoninach (tzn. długich grzbietrach górskich porośniętych wyłącznie trawą). Charakterystyczne dla Rumunii jest zresztą zorganizowanie sieci osiedleńczej - praktycznie nie ma pojedynczych budynków - wioska w dolinie, pola do lasu i powyżej zero życia gospodarczego czy turystycznego. Śladu przecinek, wycinek - nic; tak jakby ich tereny położobne odpowiednio wysoko nie interesowały. Dojeżdżamy do Baia Mare - obrzydliwe miasteczko, dworzec auobusowy ma 28 stanowisk a pewnie autobusów będzie niewiele więcej (nie było czasu sprawdzić). Mamy pociąg do Satu Mare - 2 godziny na 58 km. I tak nieźle. W Satu Mare zimny pot - pociąg do Czernej anulat. Czyżby kordon sanitarny??? Idziemy na dworzec autobusowy - autobusów ze 40 dziennie , z tego 15 odwołanych. Zero międzynarodowych (po 20 km do granicy H i UKR). Jest pociąg do Valea lui Mihai. No wreszcie pociąg jedzie ponad 50km/h. Na stacji bilet do Nyirebarany (16700 lei). Idziemy na obiad (Maciek rezygnuje) i próbuję wydac niepotrzebne leje - wykupuje w sklepie połowę szamponów (dwa prod. polskiej filii Procter & Gamble, pozostałe dwa były produkcji nieznanej) i wszystkie nierozpoczęte paczki [..] który z tego korzysta :-)); inne paczki są otwarte ) - znaczy się jedyną rozmiaru 5. Wydaję prawie 200 000 lei -1/4 - 1/5 zarobków rumuńskich... Obiadek z napiwkiem 110 000 na dwie osoby (zupa, talerzyk pełen pomidorków pokrajanych, talerz z frytkami i 2 sznyclami w tym jeden wielkości typowej dla restauracji polskich, drugi z 30% mniejszy). Raczej kuchnia węgierska (wiekszość mieszkańców pogranicza to Węgrzy). Pytam miejsowych o kantor; cóż, gdybym chciał kupić leje, to KAŻDY by sprzedał. Ale na inną walutę..... Przed wyjazdem na stację wjeżdża InterPici - to wagony MAV (jak motoriczki u sąsiadów z południa) z porządnymi (widac przez okno) tapicerowanymi siedzeniami do obsługi pospiesznych (nawet [R]) na mało uczęszcznych liniach. Śmierdzący Łoś Fioletowy Z Kłującymi Maczugami I Pręgierzem oraz Order Śmierdzących Jaj Na Krawacie dla pierdzistołków w centrali, którzy nie widzą, co robią koleje CD, ZSR, MAV na liniach mało ucześżczanych, by ruch sie na nich opłacał. Chyab obozy pracy na Syberii to byłaby nagroda dla tych debili (przepraszam wszystkich niedorozwiniętych za porównanie, mam nadzieję, żę pensjonariusze zakładów specjalnej troski nie oskarżą mnie o obraze za porównanie z urzędnikami PKP) Przejazd przez granicę . celnik rumuński (wyglądał na żula nie urzędnika) obmacuje pro forma boczne kieszenie plecaków, Węgrów nic nie interesuje. Negocjujemy na stacji rozkład MAV i kupujemy bilet do Hidasnemeti przez Fuzesabony - aż paniw kasie pokazuje na mapie, czy aby na pewno taką trasą. Tak. OK. Przesiadka w Debrecenie (okazuje się , że nasz skład jedzie do Fuzesabony, tak, ze od Valea do Fuzesabony można by jechac tym samym wagonem). Jakiś kantor deklaruje skup lei (za ok. 75 % ich wartości). Niestety czynny do 17. Jedziemy a pociąg ma opóźnienie . i Tu w Fuzesabony niespodzianka - w przejściu podziemnym stoi pani zi informacji aby ludzi przesiadających się kierowac na peron, gdzie czeka pociąg do Miskolca. Jak już nie ma (a byliśmy chyba tylko my), daje znać kierpociowi i pociąg rusza. Łoś Pozytywny za pomyślunek, jak ułatwić życie pasażerom. Bez problemów dojjeżdżamy do Hidaśnemeti. Dzień siódmy i ostatni. Kasa w Hidsnemeti zamknięta. (UWAGA! Fragment od linii z ############# do linii z ---- (pierwsze znaki w linii @@@) mocno ekspresyjny emocjonalnie! Czytać na własną odpowiedzialność! niektóre zasady netykiety celowo niezachowane. Osoby nie lubiące wulgaryzmów proszone o przewinięcie tekstu do inii ------------------------------------------- ) ######################################### @@@Skurwiel słowacki kanar mówi, ze bilety (Cracovia) można kupić w pociągu. Wsiadamy. Odprawa. W @@@przedziale jakiś Fin (podpity). Węgrzy daja pieczątki nam, słowacy jemu. W Koszycach niestety nie @@@wysiadłem (a planuję wyjazd w Tatry na moment). Skurwiele słowaccy przychodzą po Preszowie. Młodszy @@@skurwiel grozi policją i pokutą. Wyższy skurwiel udaje, że nie rozumie co mówię (a ten sam chuj @@@malowany w Hidasnemeti doskonale rozumiał). Oba pedały słowackie mówią - 1000 koron bilet lub 490 w @@@łape; ja tłumaczę, ze nie mamy. Gnidy teraz już niby rozumieją. Targujemy się i powoli złodzieje i @@@krwiopijcy napełniają swoje brudne łapska naszymi koronami i forintami. Mówie tym ścierwom, ze @@@wracamy iz Rumunii i możemy dać leje. Te obleśne świnie śmieją się swoimi przeżartymi zbydlęceniem @@@mordami. Te śmierdzące szczury orżnęły nas na 500 Sk i 2500 ft. Teraz sądzę, że jakbym miał przy sobie @@@1000 koron to zaryzykowałbym spotkanie z policją @@@ i zobaczył jak te wypierdki parchatego węża reagują na opis ich prób wyłudzenia pieniędzy i czy w ogóle @@@te łajna trędowatego żółwia odważyły by sie na takie coś. @@@Uwaga! W poniższym tekście napis "skanary" zamienić na "zasyfione skurwysyny". ------------ koniec tekstu z ekspresją emocjonalna ---------------- NMa ochotę ocenzurowany opis powyższego (tłumaczony na angielski) wysłać do admina serwera ZSR z pytaniem kogo trzeba powiadomić, że pracownicy ZSR ograbiają podróżnych (przypominam - w HIdasnemeti Słowak rozumiejący wtedy polski na pytanie gdzie _kupić_ bilet rzekł, że vo vlaku. Słowo "kupić" oznacza co innego niż jechać na gapę i zapłacic pokutę. Jednak byli za pazerni . 100 czy 150 koron dałbym bez gadania. Myśle, że powyższa historia upoważnia mnie do tego, by ostrzec innych przed jazdą mezinarodnim rychlikiem bez biletu bez dokładnego rozeznania ceny. Chyba, ze by w powyższym przykładzie wysiąśc w KOszycach - zapewne ew. rewizorzy wsiadają najpóźniej w Preszowie i skanary wtedy wychodzą na żer. Po drodze refleksje - pierwsi pijani wspólpasażerowie - wspomniany Fin, który regularnie co 15 minut biega do kibelka trzymając się za usta, Słowak, który wsiadł w zły pociąg (sprzedaje mu niepotrzebną paczkę Marlboro); pierwsze butelki walające się po podłodze ; w sąsiednim wagonie oświetlenie wagonu mruga jak ludzie z reklam piwa bezalkoholeowgo - no cóz, gdyby nie predkośc, to koleje rumuńskie wyglądałby lepiej. Zegnam wycieczke w Plavcu - Maciek z Krzyskiem jadą do Krakowa, ja do Popradu - kas zamknięta; ciekaw jestem jak dogadali się z kanarem polskim... Poprad. Ucieka mi TEŻ - kupnio biletu w TEŻ to 50 Sk priplatku. Wymieniam 40$ w Popradzie na stacji (niepotrzebnie, w Łomnicy i Smokovcu lepszy kurs). Idę na visutą lanovkę (hotel Praha0 - bilet w obie 300 koron, jechałem nią, idę na zmodernizowaną Start (hotel Moravka). Też 300 Sk, ale tą nie jechałem. WYjazd na górę (aha, batog zostawiłem w uschovni na stanici w Lomnicy). Tu przed nosem wykupują mi bilet na 9.30 na Lomnicę (400 koron), 9.50 mnie nie interesuje - 11.25 ma być autobus. Wybieram Lomnickie sedlo (sedackova lanovka) a 150 Sk (spiatocny) - tu tez mnie nie było. Widok cudny. Dla pociech (mojej) Szczyt Łomnicy cały czas w chmurach. 20 minut na przełeczy i czas wracać. Jeszcze tylko sałatki i na autobus. Jedzie z Smokowca - pełny/ Orzeszq! A ekspres do Lublina o 14.15. Następny autobus 12.50 na 13.45 na Lysej. Próbuję złapac taxi, ale cena zaporaowa - 1000 Sk lub 100 zł. Panowie taksiarze wolą prawie dwie gosdziny stac , niz przejechać- a niech ich.. Jest autobus (10 minut po czasie) W Łysej punktualnie. Zaspany idę nie w tym kierunku co trzeba... 3 minuty stracone. Jest granica. Na szczęście tylko straż polska chce paszport do ręki - tak idzie się zpaszportem w ręce. Jest i ciąg busików. W jednym 4 osoby - pytam kierowcę, ile czasu do Zakopanego - 30 minut, Orzeszq! 13.49. Pytam , nie da się szybciej? Na wariackich papierach może d. za ile! Mam 4 osoby, 20 - daj 50 i jedziemy . Daje 40 i biedni wspólpasażerowie mają chwile grozy na drodze do Zakopanego. 24 minuty i dworzec PKP. Za peronem światła (tylne) ekspresu. Szukam autobusów prywatnych. Uciekł 14.20; będzie 15.15. Na szczęście jest PKS 14.30. Odjeżdża z 10 minutowym opóźnieniem. Ładuje się na miejsce pilota (takie koło kierowcy) i pytam, ile czasu do Krakowa - 2.05; czyli na 16.45; cholera, czemu nie sprawdziłem o której Jagiełło jest w Krakowie. Kierowca słysząc skąd jade (a zapewne po 3 niemytych nocach mój widok uwiarygadnia informacje, że jadę z Rumunii) daje czaadu (np. na dwupasmówce od Myślenic nie schodził poniżej 100). 115 minut i Kraków. Uff; 17. 20 ekspres. Spokojnie kupuję bilet, jem co nieco na przyjemnej stacyjce i myślę, że jednak mimo niedogodności tylko w Polsce jest możliwy taki przejazd; gdzie dla kawaleryjskiej fantazji kierowcy dają czadu bo komuś zależy a na trasach obleganych (np Zakopane - granica) jeżdża tabuny prywatnych... Lublin 21.25 - koniec wyprawy; Od granicy do domu (taksi) mniej niż 8 godzin ogólnie dostępnymi środkami lokomocji; prawie 400 km - w Rumunii to byłoby pewnie z 14 godzin bezpośrednim i doba z przesiadkami... Było długie, ale wyprawa ta złamała we mnie wszystkie mity dotyczące Rumunii. Prawdą jest jedyni, że jest to biedny kraj z Cyganami i że należy uważać na osoby obce wyrażające zainteresoanie nami, szczególnie, gdy jesteśmy sami.